[Wątek] Tom + Elio

16 | Skomentuj
Elio Torchia dużo bardziej wolał poniedziałki od piątków. W tym aspekcie był pewnie jednym z niewielu na świecie, jeśli nie jedynym. Dla niego jednak poniedziałek oznaczał same ekscytujące rzeczy: nowy tydzień, szkołę, koszykówkę i treningi w Zayonie. Piątek za to oznaczał rodzinną kolację, na którą pewnie znów przyjdzie Noah.
Nie ma co się załamywać. – spróbował podnieść się na duchu, nucąc w głowie taneczny roseński hit ostatniego lata. Wskoczył na deskorolkę i leniwie ruszył do domu.
Mieszkali w dwupoziomowym, ogromnym mieszkaniu w jednym z ładniejszych wieżowców na sa samym południu Stellar Heights. Elio co prawda nie lubił wieżowców – przynajmniej dopóki nie odkrył jak fajnie się z nich wyskakuje przez okno tylko po to, żeby zatrzymać się trzydzieści centymetrów na ziemią. Groziło to jednak zawałem u portiera w ich wieżowcu, więc Elio już tego nie próbował.
W salonie siedziała już matka. Wróciła z pracy, ale pracowała dalej.
- Cześć. – rzucił Elio. – O której wracają Federica i Greta?
- Przyjadą z Noah trochę później, bliżej dziewiętnastej. – powiedziała, nie odrywając wzroku od laptopa. Jęknął w duchu. Liczył, że może Noah nie będzie.
- Okay. Może ja ogarnę kolację?
Zawsze to proponował, mimo że zawsze to on ogarniał kolację i dla wszystkich było to normą.
- Tylko zabierz się za to w miarę wcześnie, żeby nie musieli czekać jak przyjadą. – odparła matka.
- Jasne. Zostawię tylko u siebie plecak.
Federica, Greta i Noah przyjechali jednak wcześniej niż się zapowiedzieli, więc Elio był dopiero w szale gotowania, ubrany w swój ulubiony fartuch z haftowanymi oliwkami, upaprany pomidorami i mąką.
Usłyszał ich głosy jeszcze zanim otworzyły się drzwi. Wziął Wdech, nie przestawając nucić w głowie. Witali się w korytarzu z matką, która zamknęła akurat laptopa.
- Cześć, stary! – przywitał się z nim Noah, jak zawsze sprawiając wrażenie, jakby totalnie wierzył, że się świetnie dogadują, a on sam jest dla Elio autorytetem.
- A oto i nasz pan kucharz. – rzuciła Federica, wchodząc do kuchni. – Ale ładnie pachnie! To ten breloczek dał ci talent do gotowania?
Westchnął. Zazwyczaj nie żartowała z Medalionów już przy pierwszym zdaniu, musiała mieć naprawdę dobry humor.
- Nie, Federica, mój dar to Oddech.
Natychmiast pożałował, że to powiedział.
- A jak zabiorę ci ten wisiorek, to przestaniesz oddychać? – zaśmiała się siostra, a Noah zachichotał i ją objął. Elio słyszał ten żart już tysiące razy. Spróbował skupić się na rytmie Un’avventura chiamata vita, który brzmiał mu w głowie i postanowił milczeć do końca dnia.
Nie on jeden.
Tamara właśnie zeszła bez słowa, wymijając wszystkich. Noah, chcąc przytulić ją na powitanie, wyciągnął do niej ramię, które kompletnie zignorowała. Elio zerknął na siostrę. Miło było mieć z nią cokolwiek wspólnego, nawet jeśli była to tylko awersja do chłopaka siostry (sióstr).
- Hej, Tam, nie przywitasz się? – zapytał Noah.
- Cześć. – rzuciła, chowając szklankę do zmywarki, po czym znowu wyminęła wszystkich. – Zawołacie mnie jak już będzie gotowe?
- Nie, Tamara. – wtrąciła się matka. – Posiedź z rodziną.
Świetnie. Z jaką rodziną. – pomyślała dziewczyna, siadając obrażona w jadalni. Kontrolującą matką, bratem mutantem i dwiema siostrami z syndromem wyższości? A, i jeszcze ich chłopakiem, który lubi je obie naraz?
Być może nawet je trzy naraz. Wzdrygnęła się.
- Myślałam, że będziemy później, bo testujemy teraz nowy program mutacji. – opowiadała matce Federika, gdy wszyscy siadali przy stole, poza Elio, który dalej stał w kuchni, ale i tak wszystko słyszał.
- Greta go wymyśliła. – dodał Noah.
- Ma też wpływać na mięśnie, ale nie celem dodania siły, tylko zwinności. Parametry są bardzo podobne, ale elastyczność i szybkość musi być dużo większa, kosztem właśnie siły. – wyjaśniła Greta. – Ale do mutacji siły było dużo łatwiej znaleźć chętnych testerów. Dopóki ich nie znajdziemy teraz, nie ma co pracować nad teoriami. Potrzebne są praktyczne badania.
- Może Elio? – zapytał Noah – Nie chciałbyś spróbować? Byłbyś super zwinny, świetnie byś się nadawał.
Brunet elwestchnął.
- Nie, dzięki.
La vita e’ un'avventura... ci sorprende sempre...
Nagle zadzwonił dzwonek.
- Kurier? – rzucił w eter Noah.
- O tej porze? – odparła Greta. – Poza tym ktoś z nas coś zamawiał?
- Ja otworzę – powiedziała Tamara, która miała już dość ich wszystkich, na czele z Noah. Za dużo bodźców.
Podeszła do drzwi i przekręciła zamek.
Za nimi stał niebieskooki blondyn, który niezbyt przypominał kuriera.
[Elio i Tamara]



[Wątek] Kohaku + Tamara

15 | Skomentuj
 Egzamin ze statystyki okazał się właśnie tak trudny, jak zapowiadał profesor. Kohaku nie udało się zdobyć wystarczającej ilości punktów i to w połączeniu z całą górą zmartwień przygniotło go, jak ogromny głaz. Jego współlokator też nie zdał wielu egzaminów, co akurat nie było niczym szokującym. Ten chłopak w ogóle się nie uczył i chyba przyjechał do Thornilu tylko po to, żeby się wyszaleć i zawrzeć tymczasowe znajomości. Niezależnie, jaki miał powód, Kohaku interesowało głównie to, że chłopak zamierzał zrezygnować ze studiów, a co za tym idzie, wyprowadzić się z ich wspólnego mieszkania i wyjechać gdzieś indziej. Szukanie kogoś na jego miejsce pewnie chwilę mu zajmie, a do tego czasu będzie musiał opłacać mieszkanie sam.
Wybłagał u szefa, aby ten dał mu trochę więcej pracy i zaczął częściej przesiadywać na lodowisku. Czasem coś posprzątał, kilka razy sprzedawał bilety, albo zajmował się szatnią publiczną, gdzie przyjmował i wydawał rzeczy osobiste gości.
Miał mniej czasu na naukę i dziękował losowi, za to, że dostał szybko ogarniający mózg, bo na szczęście nie musiał długo się uczyć większości rzeczy, by je zrozumieć. Poza tą paskudną statystyką. Obawiał się, że jej nie zda. Wtedy kolejny już plan legnie w gruzach. Jak będzie wyglądało jego życie po tylu porażkach? I czy takie życie miało sens?

Tego dnia wieczorem ostatnią grupą, którą uczył były młode tancerki, dla których te zajęcia to miała być jakaś odskocznia od zwyczajowych treningów. Sposób na poszerzenie ich horyzontów, otworzenie głowy na nowe możliwości, pokazanie, że ich ciała i mięśnie stać na jeszcze więcej.
Kohaku obserwował swoich uczniów od jakiegoś czasu i zaczynał rozumieć, że nie wszyscy postrzegają łyżwiarstwo tak samo, jak on. Właściwie te kilka lat spędzonych w tym kraju pokazało mu, że mentalność Dellrańczyków, w tym jego własna, opierała się na absolutnych skrajnościach. Był nauczony, by wybrać sobie jedną rzecz w życiu i do końca życia ją pielęgnować, aż stanie się doskonała. Halldarczycy, natomiast, często zdawali się nie przejmować niczym. Nic dla nich nie było ważne, nic nie było święte, wszystko było na chwilę i nie rozumiał wartości większości ludzi, których spotykał na swojej drodze.
Mimo wszystko zaakceptował chyba, że to on był tym innym w tłumie, tą kroplą w morzu. I chociaż nie był jeszcze do końca przekonany, czy powinien się poddać i dopasować, postanowił szanować różnorodność celów innych ludzi.
Dziewczyny z grupy tancerek wydawały się łapać jego wskazówki prędzej, kiedy ich nie obrażał, nie groził im i nie zabraniał im się dobrze bawić. Kto by się spodziewał?
Może i wyglądały na lodzie, jak niepełnosprawne pingwiny, ale przynajmniej sprawiało im to radość.
A kiedy jemu po raz ostatni jazda na łyżwach sprawiła radość?
W jego pewnych ruchach, długich ślizgach było coś kojącego. Rutyna i pewność, że ten lód pod jego stopami go nie zawiedzie, że jego mięśnie go nie zawiodą, że może polegać na sobie samym.
Zamierzał tak myśleć nawet z tym przeklętym bólem w kostce. Ostatnio zaczęła boleć mocniej i częściej ją czuł, nawet kiedy po prostu chodził. Udawał, że tego nie było, albo że ten ból był normalny i próbował o tym nie myśleć. I tak nie mógł nic z tym zrobić, a nie zamierzał rzucić łyżwiarstwa.
Na tych zajęciach był mniej krytyczny. Może jego uczennice uznały, że go złamały, albo że się po prostu poddał i stwierdził, że nic z nich nie będzie. Nie bardzo się tym przejmował. Myślał w zasadzie tylko o tym, żeby już sobie poszły.
Miał dość ludzi, dość narzekania, dość jęków i chichotów.
Tamara Torchia - w końcu zapamiętał jej imię - samą swoją obecnością działała mu na nerwy. Postanowił sobie, że nie będzie zwracał na nią uwagi. Niech sobie robi co chce. Niech się przewraca, niech się obija, niech sobie mruczy pod nosem przekleństwa, niech go wyzywa i już niech zniknie z jego głowy… Nienawidził tego, że jakikolwiek człowiek wywoływał w nim tak silne emocje, burzył jego spokój.
Do końca zajęć udało mu się nikogo specjalnie nie obrazić. Na koniec nawet stwierdził, że pogratuluje wszystkim postępów, chociaż według niego były niemal niezauważalne. Ale co się dziwić, kiedy przychodziły jeździć raz, czy dwa w miesiącu.
Grupa wyszła, a on został na lodzie. Było już późno, powinien wrócić do domu.
Do domu? Kohaku Shota nie miał domu. Spał w jakiejś klitce na dwudziestym piętrze w najgorszej dzielnicy tego miasta, z brudnym, obleśnym typem za ścianą.
Ten lód, to twój dom, pomyślał. Powinien wrócić i pouczyć się jeszcze trochę do poprawki.
Ale co za różnica, i tak tego nie zdasz, pomyślał. Nie ma szans, siedzisz nad tym od miesiąca, albo dłużej i nic się nie zmienia. I wiesz co? Już nigdy nic się nie zmieni.
Teraz już będzie tylko gorzej. Twoja szansa na dobre życie przepadła w momencie, kiedy doznałeś kontuzji. Nie ma dla ciebie miejsca w zawodach, nie ma dla ciebie miejsca w Dellranie, nie ma dla ciebie miejsca na świecie.
Jesteś stary, mały i słaby.
Nie ma dla ciebie miejsca.

Wetknął w uszy słuchawki bezprzewodowe i włączył pierwszy lepszy utwór. Był głośny, emocjonalny, szybki. Kohaku odjechał tyłem na środek lodowiska i odetchnął parę razy z zamkniętymi oczami. Potem ruszył. Sunął, płynął w powietrzu. Skakał i odkręcał się, wił i wykręcał, jakby chciał wyrzucić z siebie wszystkie te straszne myśli.
Dlaczego nagle były takie głośne? To nie miało sensu.
To życie nie miało sensu.
Do czego ogóle dążył? Do pracy w korporacji? Do siedzenia za biurkiem, przed komputerem i starzeniem się w samotności? Był skazany na związywanie końca z końcem samemu, bo kto by go chciał?
Kohaku Shota poza sprawnym ciałem nie ma w sobie nic do kochania. Kilka mięśni, ładna buzia i zepsute wnętrze. Zero umiejętności społecznych, zero empatii. Nie potrafisz kochać, więc jak możesz oczekiwać, że ktoś pokocha ciebie?
Ale czy to komuś potrzebne? Mógł zostać sam. Samotność nie jest niczym złym. Po prostu się zamknij,
schowaj,
nie pozwól, żeby ktoś zobaczył, co masz w środku. A potem…
— Zdechnij!

Ta ostatnia myśl zabrzmiała w jego głowie tak, jakby ktoś walnął go obuchem w potylicę. Stracił kontrolę, pośliznął się i upadł całym ciałem na lód. Przejechał na plecach ze trzy metry i zatrzymał się pod bandą.
Ból. Bolało go wszędzie, ale w szczególności kostka, głowa i lewa łopatka.
I może tak miało być, może miało go boleć.
Zasługiwał na to, prawda?

Kohaku tego nie widział, ale stała nad nim pochylona sylwetka istoty, która ludzki miała tylko kształt. Patrzyła na niego spokojnie i zadowolona, napawając się jego cierpieniem. Syciła się widokiem jego pięknych łez, roztrzęsionego ciała, złamanego ducha. Ból fizyczny był smaczny, ale główne danie to ten wypływający z niego żal. Jego dusza się nim krztusiła.
Już prawie, pomyślał demon.
Potem przeniósł spojrzenie zimnych, zachłannych oczu w kierunku dziewczyny, która oglądała cały ten epicki upadek niedoszłej gwiazdy łyżwiarstwa. Istota uśmiechnęła się jeszcze troszkę. Wyglądało na to, że dwa połamane ludzkie zwierzęta coś do siebie ciągnęło i hegemon widział w tym potencjał na tragedię.
Dobij go, mała.

— Haku

[Notka Fabularna] Wszystko, co trzeba teraz zrobić.

0 | Skomentuj


Po incydencie w Parku Północnym Lucas Prime zwołał zebranie dowódców jednostek i wszystkich liderów, którzy brali w nim udział. Po Lucasie spodziewano się szybkiego streszczenia wydarzeń i objaśnienia sytuacji, więc kiedy już wszystkie informacje z jego strony zostały przekazane, grupa nieco się rozluźniła. W tym momencie oczekiwano, że lada chwila padną słowa „dziękuję, rozejść się”. Sigurd Thomsen z niecierpliwością spoglądał na zegarek na swoim nadgarstku, Seda szeptała coś Danielowi na ucho, ale Nikolai wiedział, że tym razem tak szybko nie pójdzie.

— Zanim zamkniemy to spotkanie — Lucas podniósł wzrok znad swojego tableta z notatkami. Wbił spojrzenie bladych, szarych oczu w Tayę Overdou. — Ktoś chyba miał mi coś do powiedzenia.

Uwaga wszystkich na nowo powędrowała w stronę Lucasa, a następnie, podążając za jego spojrzeniem, skupili się na młodej liderce. Niektórzy z tam obecnych nie należeli do grona dowódców podjednostek, ale byli najlepszymi wojownikami w oddziale - kilku z nich brało udział w Incydencie w Parku Południowym i dowiedziało się o sytuacji z Elio jeszcze zanim wieść dotarła do jego dowodzącej. Co prawda Tom razem z Sedą streścili jej wcześniej, co się wydarzyło, ale konfrontacje z Primem nigdy nie należały do przyjemnych. Zwłaszcza przed widownią.

— No tak — dziewczyna wystąpiła krok do przodu. — Myślałam, że moglibyśmy to przedyskutować na osobności.

— Nie, zróbmy to teraz — powiedział, wyłączając swoje urządzenie i splatając ręce za plecami, jak na żołnierza przystało. — Dlaczego jakiś dzieciak z twojego oddziału znalazł się na polu bitwy?

Nikolai zmarszczył brwi i już otwierał usta, by się wtrącić i obronić zarówno swoją przyjaciółkę, jak i samego chłopaka, którego dotyczyła rozmowa. Zanim, jednak wydobył z siebie jakikolwiek dźwięk, zrobiła to Taya.

— Elio Torchia nie jest jakimś tam dzieciakiem — odparowała z pełnym przekonaniem. Przez dwa lata szkolił się w mojej podjednostce i obserwowałam, jak rozwija się nie tylko pod kątem rozwoju Daru, ale też jak zmienia się jego serce i charakter. Możesz być pewien, że jeśli rzucił się do walki z gobu po raz pierwszy w swoim życiu, to nie zrobił tego dla zabawy, ani żeby coś komuś udowodnić.

— Więc dlaczego? — zapytał Lucas, niewzruszony emocjonalną przemową dziewczyny.

No tak, to ta część, o której zapomnieli jej wspomnieć Tom i Seda.

Chłopak zerknął na swoją starszą koleżankę, a ta posłała mu spanikowane spojrzenie. Zanim cisza przerodziła się w coś, co pogrążyłoby ich wszystkich, postanowił włączyć się do rozmowy.

— Elio dowiedział się, że jego znajomi znajdowali się w Parku Północnym i pobiegł im na ratunek.

Lucas zmierzył go beznamiętnym spojrzeniem. Tom je zignorował i mówił dalej.

— Zlokalizowaliśmy go w porę, ewakuowaliśmy cywilów, których wcześniej sam uratował, używając swojego Daru i przetransportowaliśmy do Uzdrowiciela oddziału.

Czyli zabrałeś go do swojego domu — podsumował Lucas, a Tom nie wiedział, jak powinien to rozumieć. Brzmiało to trochę, jakby fakt, że matka Nikolaia była tymże Uzdrowicielem wykluczał słuszność kroków, które podjęli.

Chłopak zmarszczył brwi.

— Tak, osobiście dopilnowałem, żeby był bezpieczny i został wyleczony najprędzej, jak to możliwe.

Zleciłem Sedzie, żeby od razu ci o tym zakomunikowała.

— Ah — dowódca popatrzył na wspomnianą wojowniczkę. — Seda. Zanim do mnie doleciała, byliście w połowie drogi do domu Thomsenów.

— Mieliśmy na ciebie czekać?

— Mieliście komunikatory, do jasnego Rogha — syknął, zirytowany pyskówką Toma. — Oczekuję natychmiastowego raportu w sytuacjach takich, jak ta. Nie może tak być, że moje Medaliony latają po mieście w cywilu i robią, co im się podoba, a ja o tym nie wiem. Są jakieś zasady na miłość Kiriana! Wszyscy im podlegamy w tym pieprzonym mieście, tak samo ten dzieciak, jak i ja! — Lucas pokręcił głową i przetarł zmęczoną twarz dłonią. Milczał przez chwilę i kiedy Tom tak mu się przyglądał, zrozumiał, że może jego dowódca nie jest takim kompletnym socjopatą, za jakiego czasami go miał. Przejmował się swoimi wojownikami na swój pokręcony sposób i chciał, żeby jego oddział funkcjonował prawidłowo. — Został ranny na mojej misji, a ja nawet nie wiem, jak on wygląda.

— Przepraszam — powiedział Nikolai. — To było niebezpieczne.

— No raczej — mruknął dowódca w odpowiedzi, a Tom zacisnął szczęki. To, że czuł skruchę i zrozumienie wobec Prima, nie znaczyło, że facet nie działał mu na nerwy. — Spotkaj się z nim i spisz mi wszystkie działania bojowe, których się dopuścił przy użyciu Daru. Trzeba to zgłosić i autoryzować. Masz uprawnienia, a ja nie mam czasu na takie pierdoły.

— Panie Starszy — Seda wtrąciła się, zwracając na siebie jego uwagę.

Do tej pory ludzie zastanawiają się, jak to jest, że taka dwudziestopięciolatka może sobie stać oparta o ścianę z rękami w kieszeniach i mówić do niego „Panie Starszy” bez absolutnie żadnego strachu i co ciekawsze bez jakichkolwiek konsekwencji. Ale oto ona - Seda Rowe, stoi tam, w glanach i luźnej kurtce, żuje gumę i woła na niego, jak jej się podoba, a on zachowuje się, jakby to było zupełnie normalne. Tajemnica oddziału, o której ludzie wolą nawet nie plotkować. Wszyscy zakładają, że na Sedę zwyczajnie nie da się być wściekłym. Nawet jeśli jest się psychotycznym, pokręconym dowódcą z syndromem gwiazdy.

— Co jest?

— Elio jest w procesie zmiany podjednostki.

— Od kiedy?

— Tydzień temu wysłałam ci pierwszego maila, a od trzech dni próbuję się do ciebie dodzwonić w tej sprawie — powiedziała Taya z wyrzutem, krzyżując ręce na piersi.

Lucas włączył swojego tableta i zaczął przeglądać pocztę, jakby chciał wspomnianą wiadomość właśnie teraz.

— Do której go zarekomendowałaś?

— Novy.

— Ja? — Daniel przeniósł zdezorientowane spojrzenie na dowódcę.

Lucas popatrzył na niego z rezygnacją i wyłączył tableta. Postanowił to zignorować.

— I po takiej akcji nadal go rekomendujesz? — zwrócił się do Tayi.

— Tak, jak mówiłam - zam go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie jest głupi, a jego serce jest w dobrym miejscu.

— Super, a psychicznie? Jesteś w stanie poświadczyć, że nie zeświruje, jak kiedyś zobaczy drzewo wyrastające z człowieka? Wytrzyma atak demoniczny?

— Widziałam z góry — rzuciła Seda, odbijając się od ściany i podchodząc bliżej — jak walczył z Gobu i wygrał. Sam, bez przeszkolenia bojowego. Ma potencjał, ma serce i dobra, może jest trochę impulsywny, ale lepiej w tą stronę, niż żeby siedział na dupie i udawał, że Śmierci nie ma.

— Lucas — głos Sigurda Thomsena zaskoczył wszystkich tam zebranych, włącznie z Magną, która stała obok niego. — Nie chciałbym się niepotrzebnie wtrącać, ale jeśli zdecydujesz się dać mu szansę, pamiętaj, że nie jesteś z tym sam. Chętnie pomożemy w opiece nad nowym wojownikiem.

Popatrzył na swoją żonę, a ta natychmiast pokiwała głową ochoczo.

— Pewnie! — zgodziła się.

Mina Lucasa nie zdradzała, by przyjął tą deklarację jakkolwiek pozytywnie, czy negatywnie. Milczał przez chwilę, a w końcu kiwnął głową

— Dobra, macie zgodę na zmianę podjednostki — oznajmił. — Tom, najpóźniej do jutra masz mi wysłać do Urzędu Bezpieczeństwa wniosek o autoryzację działań bojowych tego całego Elio. Taya,

Przekaż chłopakowi, że od jutra trenuje dla Novy. Daniel… zdejmij z niego wymiary i ogarnij mu kombinezon. I powtórz dzieciakowi jego prawa i obowiązki, jako Medaliona. Jak mi jeszcze raz wykręci taki numer, to go osobiście nauczę posłuszeństwa. — Mówiąc to wrócił za swoje biurko, zgarnął płaszcz i skórzaną, markową torbę z fotela, a następnie skierował się do wyjścia. — Koniec na dzisiaj, możecie się rozejść.


Dowódcy podjednostek wyszli z biura zaraz za Primem i każdy skierował się w swoją stronę, gnany obowiązkami. Każdy, z Tayą na czele. Nikolai pomyślał, że jeśli teraz jej nie złapie, to może w najbliższym czasie już nie mieć lepszej szansy, a coś w końcu musiało zostać między nimi wyjaśnione.

— Tay, zwolnij — zawołał, dobiegając do niej.

— Co tam? — Raczyła go swoim profesjonalnym uśmiechem lidera. Takim, który dla większości ludzi wydaje się ciepły i zapraszający, a dla niego stanowił ostrzeżenie. — To coś pilnego? Bo trochę się spieszę.

Znali się od podstawówki, widział już prawie wszystkie jej miny. Radość, ból, gniew, zakłopotanie, strach. Na przestrzeni lat, ze wszystkich, jakie zobaczył, ten uśmiech zdawał mu się najmniej szczery. Zamiast ukazywać jej prawdziwe emocje, blokował do nich dostęp. Już wolałby oglądać jej pełne irytacji spojrzenie, słuchać zmęczonych westchnień, oberwać pięścią w ramię. Cokolwiek, tylko, żeby to było prawdziwe.

— Daj mi pięć minut — poprosił na wydechu.

Był już tym wszystkim zmęczony. Tym, że nie miał kontaktu ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi, że ciągle któreś z nich nie miało czasu. A najbardziej tym, że ona bez przerwy gdzieś biegła, zawsze się spieszyła, a on zaczynał podejrzewać, że to nie do końca tak. Że może wcale nie biegła, tylko zwyczajnie uciekała.

— A nie możemy pogadać w drodze do windy?

— Wolałbym raczej na spokojnie.

— Jeśli to coś poważnego, to może się umówimy na jakiś inny dzień, co? Bo ja naprawdę…

— Daj spokój, jak się spóźnisz pięć minut na trening, to nic się nie stanie.

Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi i pokręciła głową.

— Wiesz, że nienawidzę się spóźniać.

— Wiem też, że nie widzieliśmy się już jakieś pół roku…

— Ale co ty gadasz! — machnęła na niego lekceważąco ręką. — Widzimy się prawie codziennie. Dopiero co siedzieliśmy obok siebie jakąś godzinę.

— To się nie liczy — prychnął. — Nie możemy się w ogóle spotkać, spędzić razem czasu tak, jak kiedyś. Nie na jakichś spotkaniach liderów i nie na gadanie o tym, co dzieje się w Zayon.

— Przepraszam — powiedziała to ze śmiechem, ale takim zakłopotanym, trochę gorzkim. — Po prostu mam masę rzeczy do ogarnięcia i trochę nie wyrabiam.

— Jesteś pewna, że tylko o to chodzi?

Taya znieruchomiała na sekundę, jakby zatrzymana w czasie. Kącik jej ust drgnął, zanim po raz kolejny spróbowała ukryć się za grzecznym uśmiechem.

— Nie wiem, co masz na myśli.

— Mam wrażenie, że mnie unikasz.

— To nie tak, po prostu…

— Nie tak, to jak?

Dziewczyna wypuściła powietrze z płuc, a jej uśmiech zniknął. Zamknęła usta i odwróciła wzrok, pokonana. W tym momencie dotarło do niego, że to prawda. Było dokładnie tak, jak się spodziewał. Tylko, dlaczego? Co takiego zrobił, że przestała czuć się przy nim dobrze?

— Dlaczego? — zapytał, wpatrując się w nią wyczekująco. Na twarzy wypisane miał zagubienie i ból. Czuł się oszukany, mimo, że nikt go nie okłamał. Z drugiej strony dotąd nie usłyszał też prawdy.

— To nie jest rozmowa na korytarz, Niki…

— A na co? Na za miesiąc? Za rok? Po prostu mi to wytłumacz, jesteśmy przyjaciółmi.

— No właśnie, jesteśmy przyjaciółmi, — powiedziała kładąc nacisk na ostatnie słowo i patrząc mu w oczy tak intensywnie, że aż drgnął — a ja mam wrażenie, że ludzie traktują nas, jakbyśmy byli zaręczeni i nie wiem, za miesiąc mieli się chajtać.

— I to cię tak denerwuje? Przecież zawsze tak gadali. Ludzie tak mają…

— Ale ja nie chcę, żeby tak gadali!

Dotąd ukrywała swoje emocje za bezpiecznym uśmiechem, przyjaznym tonem, trzymała go na odległość. Teraz nagle wybuchła, a siła tego wyznania była miażdżąca.

— Między nami nic nie ma i nie będzie, a te żarty są niekomfortowe i mam już tego dość.

Nikolai nigdy nie przypuszczał, że kilka słów może tak człowieka w jednej chwili rozerwać na strzępy. Niby spodziewał się, że powie mu coś takiego i myślał, że niczego od niej nie oczekiwał, więc nie powinno boleć aż tak. Byli przyjaciółmi, niczym więcej. Niczego siebie nie obiecywali, nawet nie rozmawiali na temat przyszłości, czy jakichś uczuć. A jednak… chyba jednak miał na coś nadzieję.

— Rozumiem.

— Dlatego… przepraszam, powinnam pewnie z tobą o tym porozmawiać wcześniej, ale jakoś tak… Tak mi się wydawało, że w ogóle na ciebie nie wpływają takie komentarze. Pomyślałam, że po prostu masz to gdzieś i tylko ja w tym wszystkim czuję się źle.

Czuła się źle. Na myśl o bliższej relacji z nim czuła się źle.

— Szczerze, myślałam, że teraz, kiedy sam masz tyle nowych obowiązków, to nawet nie zauważysz…

— Czyli — wtrącił jej wpół słowa i natychmiast zamilkł.

Ściskało go w gardle, ściskało go w sercu, ściskało go w płucach, ale przecież musiał coś wyksztusić. Przełknął ślinę, popatrzył w bok, zacisnął pięści i odchrząknął, odsuwając w czasie swoją słabość.

— Czyli nie ma szans… — nie dokończył tego zdania, bo sam nie wiedział o co dokładnie mu chodziło. Popatrzył jej w oczy, kiedy to mówił i z każdą sekundą obserwował, jak dociera do niej, że on tak samo, jak wszyscy trochę miał nadzieję, że faktycznie kiedyś coś z tego będzie. Coś więcej niż przyjaźń. Na miłość Kiriana, pasowali do siebie! Dopełniali się, uczyli od siebie nawzajem. Byli dla siebie idealni, nawet z wyglądu.

— Tom.

Skrzywił się. Ona powinna mówić do niego Niki. Nawet Seda go tak nazywała. Ze wszystkich ludzi, którym pozwoliłby tak do siebie mówić, Taya była pierwsza i doskonale o tym wiedziała.

— Zawsze będziesz dla mnie najważniejszym człowiekiem na świecie, ok?

Nie patrzył już na nią. Przygryzł policzek od środka, wbił wzrok w podłogę.

— I kocham cię, nawet nie wiesz, jak bardzo… — mówiąc to chwyciła go w łokciu. Gest bardziej pasujący do pocieszania przedszkolaka po tym, jak zdarł kolano na placu zabaw, niż do tej sytuacji. Dlatego po chwili zabrała rękę i cofnęła się o pół kroku, wyczuwając, że to nieadekwatne z jej strony, a on był boleśnie świadom każdego z tych ruchów. — Ale nie… nie w taki sposób.

Coś się odpowiada w takiej sytuacji? Istnieją jakieś słowa, których mógłby użyć?

Podniósł głowę, popatrzył na nią przelotnie i kiwnął na znak, że zrozumiał.

Cisza między nimi nie trwała zbyt długo, bo Taya nigdy nie potrafiła jej znieść, nawet we względnie pozytywnych okolicznościach.

— Słuchaj, może zrobimy sobie przerwę? — zaproponowała. — Zgadamy się, kiedy już przestanie być między nami tak niezręcznie.

Prychnął cicho. To zdanie było tak absurdalne, że przypomniało mu się, jak kiedyś Peter za pomocą pięści zaprezentował mu na jego udzie śmiechoból. To, kiedy twoje ciało jest w stanie zareagować na odczuwany ból fizyczny jedynie śmiechem.

— Okej.

— Okej? — Taya powtórzyła, jakby chciała się upewnić, że to oznaczało, że z nim było wszystko ok. Przekrzywiła głowę, próbując złapać jego spojrzenie swoim. — Przepraszam, Tom.

— Nie masz za co — odparł, prostując plecy. Złapał swój typowy stoicyzm i przytrzymał się powagi.

— Myślę, że to dobry pomysł. Chwila przerwy dobrze nam zrobi.

Nie, żeby do tej pory jakkolwiek spędzali ze sobą czas, czy chociażby normalnie rozmawiali. Różnica jest taka, że teraz przynajmniej wiedzą, na czym stoją i po co to wszystko jest.

— Ale jakby co, to…

— Spóźnisz się na trening jednostki.

Dziewczyna zamknęła usta i opuściła wzrok. W końcu pokiwała głową, pożegnała się cicho i ruszyła w stronę windy.


Taya była w trakcie przekazywania Elio Torchii ustaleń, które zapadły na spotkaniu dowództwa oddziału, kiedy w całym stadionie zamrugały światła i przygasły na moment, zanim wszystko wróciło do normy. Dziewczyna, jednak starała się to zignorować i zachowywała się tak, jakby niczego nie zauważyła.


Sigurd napisał do syna z pytaniem, czy wie coś o tym chwilowym spadku energii na stadionie, na co otrzymał wiadomość zwrotną o treści „tak, to ja. nic się nie dzieje”.



[Wątek] Kohaku + Tamara

22 | Skomentuj

Rzuciła swoją torbę na ławkę, wściekła.
Zawsze, całe życie, była wściekła, ale poza zimną, pasywną agresywnością nie okazywała tego wcale.
Obok jej koleżanki z drużyny chichotały i gadały coś między sobą, łudząc się, że ona też uczestniczy w rozmowie. Tamara nie wyprowadzała ich z błędu.

Co ta baba znowu wymyśliła…. – pomyślała, pomstując na trenerkę. Tamara chodziła na zajęcia tańca współczesnego, a trenerka, chociaż bardzo skuteczna, od czasu do czasu miała dosyć ekscentryczne pomysły. Jednym z nich były łyżwy, podobno po to, żeby wzmocnić balans i równowagę w tańcu.

Co ma lód do podłogi? Tamara jako Roseńka tym bardziej nie mogła tego zrozumieć. Roseńczycy nie lubili się z niczym zimnym z wyjątkiem deseru mentisu.
Tamara jednak nie była w stanie zdobyć się na rezygnację z zajęć, na które poświęciła sześć lat swojego życia, więc posłusznie poszła na lodowisko.
Kilka razy była na lodzie i wierzyła, że będzie w stanie w miarę utrzymać się w pionie. Tak naprawdę trenerce pewnie nie chodziło o dużo więcej poza jeżdżeniem w kółko, oczywiście nie było opcji, żeby nagle przerzucić się na łyżwiarstwo figurowe z tańca współczesnego. Tamara zresztą pamiętała historie, gdy chodziły na basen, żeby popracować nad oddechem i na crossfit, żeby wzmocnić ramiona. Ostatecznie dużo to jej dało.
Mimo to dalej była wściekła.

Zawiązała łyżwy i pingwinim chodem za koleżankami przesunęła się w stronę lodowiska, które nie było puste. Jeździł po nim chłopak, który wyglądał jakby nie obejmowała go grawitacji. Zza bandy nie było widać jego nóg i bioder i wyglądało to, jakby płynął. Zrobił kilka piruetów na lodzie, szybszych niż cokolwiek, co Tamara w życiu widziała, a potem bez żadnego potknięcia czy zachwiania równowagi pojechał dalej i powtórzył piruety, tyle że tym razem w powietrzu, po czym wylądował na cienkiej płozie łyżwy.
Popisówa, pomyślała Tamara z przekąsem.
Wtedy na trybuny z rozmachem weszła ich trenerka. Jej się nie dało nie zauważyć. Przywitała chłopaka i usiadła w pierwszym rzędzie trybun, a dziewczynom ręką kazała wejść na lód.
Tak zrobiły, taktycznie trzymając się blisko bandy.
Chłopak zlustrował je wzrokiem, a Tamara miała wrażenie, że dostrzegła jakiś przebłysk niesmaku i irytacji w jego oczach.
Tu byśmy się dogadali – pomyślała, zastanawiając się jak będą wyglądać te słynne zajęcia.

[KP] Tamara Torchia

0 | Skomentuj
 ⬫ 19 LAT (PRAWIE) ⬫ ROSENIA ⬫ HAFEFOBIA ⬫ TANIEC ⬫ 

Zadziorna, zbuntowana i wiecznie zirytowana w zblazowany sposób.
Nigdy się nie uśmiecha, a jej słowa bardzo rzadko są pozbawione sarkazmu.
Siostra bliźniaczka Elio. Ich rodzina pochodzi z Rosenii.

Nie jest przywiązana do roseńskich tradycji aż tak jak Elio, ale i tak dużo bardziej niż chciałoby się jej wydawać.

Jedyną jej pasją jest taniec, chociaż trenerka z zajęć tańca współczesnego, na które chodzi, robi wszystko, żeby obrzydzić taniec całej drużynie. Poza tym nie ma zainteresowań.

vibe (poza momentami, gdy tańczy)

Często otoczona przez ludzi, ale nie ma koleżanek ani przyjaciół, może jedynie znajomych. Ludzi, który się do niej przyczepiają jak rzep i czegoś od niej chcą, bo jest ładna i w związku z tym popularna. 

Kiedyś była inna. Kiedyś miała nadzieję na dużo relacji i piękny związek. Dopóki jako szesnastolatka nie poszła na kilka randek z różnymi facetami, którym już wtedy się podobała, gdzie dano jej do zrozumienia, że facetów interesuje w niej tylko jedno.
Bardzo szybko zamknęła się na wszystkich mężczyzn, w tym także jej własnego brata, Elio, chociaż on nie zauważył tego od razu.
Nigdy nikomu nie powiedziała o tamtych sytuacjach, ale została jej po nich hafefobia (strach przed dotykiem).


 W domu unika zwracania na siebie uwagi, co całkiem jej się udaje. Matkę na tyle pochłania chwalenie Federiki i Grety i krytykowanie Elio, że na szczęście często nie wystarcza już jej uwagi na Tamarę. Pasywnie wkurza się na brata, który gra rolę tego głównego pokrzywdzonego w rodzinie i nie widzi jej bólu.
Gdzieś w podświadomości jest jej przykro ze względu na to, czego doświadcza Elio i tęskni za relacją, jaką kiedyś mieli, ale jej mur wokół emocji nie pozwala jej zdać sobie z tego sprawy, a strategią obronną jest sarkazm i naśmiewanie się z brata.
Perfekcyjna uczennica, ale bez ambicji i marzeń. Nie ma pojęcia, gdzie iść na studia i co zrobić ze swoim życiem. Co jakiś czas rozważa samookaleczenie się, ale boi się przyciągnąć uwagę trenerki i matki.

Jak już dostanie Medalion i zmieni ją spotkanie z Kirianem, to będzie się tak uśmiechać


[Wątek] Elio + Tom

48 | Skomentuj


Ta kanapa w biurze, to była chyba najmniej wygodna rzecz, na jakiej spał w życiu, ale niestety nic innego nie miał chwilowo do dyspozycji. Na materacach w siłowni nie wypadało spać, a te z salki od samoobrony może nawet by wziął, ale po pierwsze było mu tam zawsze strasznie zimno, jeśli nie ćwiczył, a po drugie jakaś grupa dorosłych Medalionów spod Thornilu właśnie ją zajmowała.
Wygodna, czy nie - zasnął prawie natychmiast, kiedy zamknął oczy. I spałby tak aż do rozpoczęcia treningu swojej jednostki, gdyby nie telefon, który zaczął mu wibrować pod ozdobną poduszką, której wyszywane wzorki odcisnęły się mu na policzku.
Podniósł się ociężale i odebrał połączenie, przykładając słuchawkę do ucha.
— Halo, Tom? — odezwała się Taya po drugiej stronie.
Chłopak wymruczał jakieś bliżej nieokreślone słowo, pocierając oczy i tłumiąc ziewnięcie.
Zwykle z tego pomieszczenia korzystał Lucas, ewentualnie liderzy podjednostek, kiedy mieli jakieś spotkanie, albo coś ważnego do zrobienia za biurkiem. Jego mama, na przykład, udzielała tam konsultacji. Natomiast Nikolai Thomsen, zastępca dowódcy, ucinał sobie drzemki po zajęciach na studiach, a przed treningami z Prime. Jeśli akurat biuro było puste.
— Ty jesteś teraz na Stadionie, nie? — zapytała, a Tom, chociaż ledwo przytomny, to usłyszał w słuchawce, że była w biegu. — Słuchaj, idzie do ciebie chłopak ode mnie z jednostki. Mówi, że chce się przenieść do Daniela, ale ja nie mam czasu teraz tego tłumaczyć, więc weź z nim pogadaj, dobra?
— Do Daniela? — bąknął, z wielkim trudem łącząc kropki w głowie. Jednak pięć minut snu niewiele dało, jeśli w ogóle nie pogorszyło jego stanu.
Przetarł oczy, słuchając dalej przyjaciółki.
— Tak, bo tam jest Peter i ja w sumie myślę, że to dobry pomysł, tylko nie mogę się dodzwonić do Lucasa jak zwykle. Od dwóch dni próbuję, rozumiesz? Co za człowiek!
— Ale co Peter… jaki pomysł? Taya, co ty do mnie mówisz?
— Rany, czy ty jesteś przytomny? — jęknęła, zniecierpliwiona. Do jego uszu doleciały dźwięki klaksonu i inne buczące i warczące odgłosy ulicy. — Dobra, ja nie mogę teraz rozmawiać, zaraz się spóźnię. Zajmij się chłopakiem, dobra?
— Dobra — mruknął, ale jego przyjaciółka zdążyła się już rozłączyć.
Zerknął na zegar na ekranie telefonu i położył się znowu plecami na kanapie. Miał jeszcze prawie dwadzieścia minut, mógł spać.
Nie, zaraz. Over pewnie dopiero skończyła trening, a skoro Taya zdążyła już wybiec na zewnątrz, to oznaczało, że ktokolwiek miał do niego przyjść, powinien zjawić się lada chwila.
Westchnął ciężko. Miał nadzieję, że to nie będzie trudna rozmowa, bo na takie miał aktualnie absolutnie zero możliwości emocjonalnych i umysłowych.

— Tom




[KP] Elio Torchia

0 | Skomentuj
 ⬫ 19 LAT (PRAWIE)⬫ MEDALION ⬫ ODDZIAŁ ZAYON OVER ROSENIA VIBES ONLY 

 

Nieśmiały i nie do końca ogarnięty co do rzeczywistości dookoła. Impulsywny, beztroski i przejmujący się w jednym.

Dziadkowie Elio z obu stron pochodzili z Rosenii i przeprowadzili się do Halldaru sześćdziesiąt lat temu. Matka rozwiodła się z ojcem, gdy Elio miał  lat (Elio podejrzewa, że zrobiła to z nudów) i od tamtego czasu nie ma z ojcem kontaktu.

Dostał medalion mając 16 lat z hakiem, mniej więcej w okresie gdy jego starsze siostry - Federica (obecnie 28 lat wtedy 25, typowa bizneswoman) i Greta (obecnie 33 lata, wtedy 30, lekarz medycyny genetyczno-mutacyjnej) otwierały klinikę specjalizującą się w umiejętnościach specjalnych. Zbieg okoliczności? Jeśli wierzyć Kirianowi, to nie ma przypadków. Wiedząc, co mogą myśleć o Medalionach Federica i Greta i jego twardo stąpająca po ziemi matka, Elio postanowił powiedzieć o swoim spotkaniu z Kirianem tylko Tamarze (jego siostrze bliźniaczce), bo myślał (naiwnie) że skoro są w tym samym wieku to jakoś się bardziej rozumieją.
Następnego dnia po szkole w domu czekała na niego awantura. Okazało się, że Tamara powiedziała całej rodzinie. Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Przestał rozmawiać z Tamarą, a ona z nim, z wyjątkiem okazji, gdy nachodzi ją faza na prowokowanie go do rozpętania tornada w mieszkaniu. Federica i Greta postanowiły nazwać swoją klinikę Talizmed (ironia względem Medalionów jest chyba oczywista, ale Elio mimo wszystko jest wdzięczny, że nie nazwały jej Medycyna Breloczek albo gorzej). Matka groziła mu szlabanem na treningi Zayonu, dopóki Elio nie wymyślił układu- żeby móc chodzić na treningi zaproponował, że będzie raz w tygodniu pomagał w klinice - co ucieszyło matkę, która miała i ciągle ma nadzieję, że przebywanie tam wypierze mu mózg. Elio chodzi tam regularnie, dumnie nosząc medalion na szyi i odliczając dni do swoich 19 urodzin, kiedy już nie będzie potrzebował zgody matki na treningi Zayonu.

Przez ostatnie dwa lata klinika Talizmed wyrobiła sobie renomę jednej z najbardziej skutecznych w Thornilu i zatrudniła kilku innych specjalistów do wspomagania Grety. Noah, jeden z nich, został partnerem Federiki (chociaż Elio podejrzewa, że na boku podoba się mu też Greta). Na zmianę Federika pomieszkuje u Noah, albo on u nich (Elio jest fanem pierwszej opcji). 

Gdy Elio jest w domu (a stara się być jak najmniej), to albo zamyka się w pokoju albo gotuje dla całej rodziny bo wtedy może być w kuchni sam. Nie potrafi nienawidzić swojej rodziny, ale marzy o wyprowadzce, w czym pomaga mu dorabianie w piagnitterii Ravago w dzielnicy Ionis

(le piagnitte - makaronowe kulki wielkości pączka z płynnym nadzieniem pomidorowo-serowym lub serowo-orzechowym)
Roseński deser: mentisu (ciasteczka biszkoptowe nasączone bardzo intensywnym syropem miętowym (bardzo bardzo intensywnym takim że język boli) i miętowymi lodami)
ulubiony napój Roseńczyków to słodki i bardzo ostry syrop miętowy

Dzieli swój czas na uniwersalik, pracę w piagnitterii, Zayon, dyżur w klinice sióstr i czasami grę w kosza ze znajomymi z uniwersalika.

Ma trochę przesyt silnych kobiet (i kobiet w ogóle), dlatego w oddziale trzyma się bardziej z chłopakami, obserwuje jednak z boku dziewczyny-Medaliony z pewnym zdziwieniem, że dziewczyny mogą być normalne.


Dar: Oddech. 
Kamień: agat
Kolor: tycjanowy